W grocie króla klonów
Niedawno wyłowiłem na fejsie, że wyszło jakieś wznowienie powieści Williama Goldinga „Władca much”.
Świetna książka, studium psychologiczne zachować ludzkich. Konkretnie grupy młodych chłopaków, którzy po wypadku samolotu, na bezludnej wyspie, próbują przetrwać, na skute czego zachodzą między nimi rozmaite wydarzenia, będące parabolą stosunków społecznych. Podobała mi się, ale to wspomnienie książki zbiegło mi się ostatnio ze wspomnieniem, pewnego wydarzenia ze swojego życia. Zostało mi w pamięci chyba na zawsze. Myślę, że gdyby ktoś mi powiedział, że za jakąś tam nagrodę miałbym opowiedzieć jakąś historię z życia, zrelacjonowałbym właśnie ją.
Działa się, gdy byłem, a właściwie to byliśmy w podobnym wieku, jak chłopcy z książki „Władca much” lub jej adaptacji filmowej., czyli szósta klasa podstawówki, a więc wiek jakichś 13 lat. Ważny jednak jest kontekst obyczajowo socjologiczny. Rok jakoś 1986, PRL zwany zgrzebnym, szarość epoki po stanie wojennym, klimat dużego osiedla i klasy szkoły podstawowej. Klasy, w której wówczas byłem osobą lubianą, w jakimś sensie i stopniu kimś w rodzaju dyktatora mody czy postaw. O ile można mówić o modzie w grupie podobnych do siebie nastolatków. W takiej grupie może tym bardziej. To czasy, w których do szkoły książki, zeszyty, długopisy i inne niezbędne akcesoria nosiło się w tym wieku w torbach na ramię. Z początku tej klasy, szóstej, miałem topową torbę, nawet wśród dyktatorów mody w takim wieku wówczas rzadką, czyli „raportówkę”. To były torby, jakie nosili konduktorzy czy inni jacyś służbiści. Skórzane, na ramieniu, z kieszeniami na długopisy czy ołówki. Taką torbę nosił tylko „ktoś”, choć bywali tacy. Ktosiem była moja 5 lat starsza siostra, wtedy już w liceum, nie w podstawówce. Nosiła taką jakiś czas. Od września tej 6. klasy dostałem ją ja od niej. Ona bowiem była bardzo „ktosiem”, totalną awangardą i zamiast raportówki, nosiła rzeczy do szkoły w plecaku narciarskim, co wtedy było bardzo śmiałe. Takim czerwonym z napisami Rossignol. Awangardowe, ale plecak pachniał zachodem, więc to też był ciekawy argument. Moja starsza, a jednak awangardowa siostra przechodziła z tym plecakiem pierwsze półrocze roku szkolnego. W czasie ferii zimowych była w Warszawie, na jakichś przesłuchaniach, czy konsultacjach na studia. Stolica to stolica, zwykle centrum awangardy, więc zaszalała i kupiła tam sobie inny plecak do szkoły. Taki płócienny jakby. Wróciła tuż przed końcem ferii. W dzień końca, czyli w niedzielę podała mi ten plecak Rossignola, żeby sobie wziął.
- Ale po co? - zapytałem
- Do szkoły, bo wygodny jest – odpowiedziała.
Po czasie mogłem przyznać, że faktycznie był wygodny. Zarówno tamten, jak i każdy inny plecak, w porównaniu z wszystkimi torbami na ramię. Wziąć plecak wziąłem, ale nie wiedziałem co zrobić. Z jednej strony fajny, wygodny, zachodni, nowoczesny. Z drugiej strony czułem, że w „budzie” będzie przypał i śmiechy z takiej awangardy. Awangarda nie była na podstawówkę osiedla dużego miasta połowy lat 80-tych. No, ale skoro autorytet powiedział żeby wziąć, autorytetowi się nie mówi nie. Kombinowałem pół wieczoru, jak to zrobić, żeby wyjść z domu z plecakiem, a gdzieś poza domem zamienić go na prawilną torbę na ramieniu, ale jakoś w końcu odpuściłem. Ileż można tak ściemniać, krótkie nogi by to miało. Widocznie nie byłem wówczas jednak bardzo asertywny. Chyba miałem sporego „stresa” w nicy przed pokazaniem się przed ziomkami z czymś tak dziwnym. Jakoś pewnie zasnąłem. Rano się spakowałem i poleciałem na lekcje. Pamiętam bez wątpienia, że się spóźniłem. W zasadzie nie muszę tego pamiętać, zawsze się spóźniałem wtedy. Wszedłem na lekcję pewnie z 10 minut po dzwonku. Wszedłem z plecakiem na plecach, nie z torbą na ramieniu. Z duszą na ramieniu trochę też, mimo że czułem się wówczas trochę szefem klasy, a większość kolegów z niej, to kilka dni wcześniej byli moi dobrzy koledzy,serdeczni, wręcz przyjaciele. Wszedłem i szybko zobaczyłem lekkie uśmieszki na ich twarzynach. Lekkie, bo chyba jeszcze myśleli, że może wpadłem prosto z nart, z wyjazdu na ferie, byłoby to dziwne, ale mogło się zdarzyć. Siadłem, wyjąłem zeszyt i podręcznik, lekcja jakoś minęła. Po wyjściu na przerwę, przy okazji zmiany pracowni szybko do mnie podeszli, któryś się przemógł i zapytał:
- Co ty masz w tym plecaku?
- Jak to co? Głupie pytanie. Książki, zeszyty, te wszystkie duperele na lekcje – odpowiedziałem.
Sporo komunikatorów internetowych w życiu widziałem, ale nie trafiłem chyba na emotkonę, która by obrazowała tak wielką i powszechną salwę śmiechu, czy raczej wyśmiania, jaka rozległa się wówczas, na korytarzu szarej szkoły, połowy szarych lat 80-tych. Chłopaki wykładali się na parapety, zapierali o ściany, kulali niemal po podłodze, klepali się po udach, a na podłodze można było zajechać piruetem, bo taka była od wypadającej z parskania śliny.
Rechot pewnie nie zamilknął do następnej lekcji. Miewał też gromkie echa na następnych przerwach. Nie pamiętam teraz, ile było lekcji tego dnia. Pamiętam natomiast, niesamowite i zapadające na dziesięciolecia w głowę szybko postępujące mikroprocesy społeczne. Niesamowite o dla mnie wtedy zaskakujące działanie grupy i społecznego dowodu słuszności. To, jak koledzy nawzajem nakręcali się w zaistniałej sytuacji. Jak z kwadransa na kwadrans rosła niechęć do mnie, osoby o lekki niekonwencjonalnym zachowaniu. Jak oni, konwencjonalnie się zachowujący, błyskawicznie cementowali sztamę, wzajemnie się utwierdzając w słuszności swojej postawy, a nawet ją jeszcze bardziej rozhuśtując. Te spojrzenia i wytykania, które z rozbawionych lub lekko drwiących, nie wiedzieć kiedy przerodziły się w szydercze, pogardliwe i wrogie. Spojrzenia tego Grześka, z którym niemal co dzień wracałem z budy do domu dowcipkując całą drogę i zaśmiewając się niemal do łez razem z nim. Piotrka, z którym już w tak młodym wieku przeszliśmy niejeden szlak górski, niejedno przy tym przeżywając. Jacka, z którym wypaliliśmy niejedną „pojarę” po kilka la starszych chłopakach z „energetyka” za ich szkołą. Darka, z którym przygotowywaliśmy się do niejednego sprawdzianu, konstruktywnie i wzajemnie motywując swoją wiedzę czy myślenie. Wszystko to stało się w ciągu kilku godzin nieważne, niemal niebyłe. Grupa się skonsolidowała i wzajemnie motywowała w drwinie, niechęci, ocierającej o nienawiść.
Na koniec lekcji byłem już wrogiem publicznym numer jeden. Od jakiegoś czasu wiedziałem lub czułem, z czym ta zaszczytna rola będzie się wiązać. Nie miałem planu B, ale chyba też specjalnie jakoś nie pękałem na tę myśl.
Gdy na koniec lekcji podszedłem do drzwi wyjściowych ze szkoły i zerknąłem przez ich szybkę, zobaczyłem wianuszek co najmniej 8 chłopaków, ubijających w dłoniach kulki śnieżne. Spontanicznie spróbowałem wyjść, myśląc że to na pokaz. Poleciało jednak kilka kul i czynnik społeczny zaraz, podchodząc, zmniejszył dystans. Wycofałem się zastanawiając co dalej zrobić, choć honor na to nie pozwalał, żeby montować jakąś większą kontrekipę, czy też korzystać z tylnego wyjścia. Niby nie byłem wtedy taki najsłabszy w klasie, ale jak mówi powiedzenie „i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa”. Po chwili podszedł jeszcze jeden koleś z klapsy, dobry kunpel, co nie był z tamtymi. Dlaczego nie był z nimi? Nie pamiętam, ale sądzę teraz że dla tego, że lubił pójść pod prąd. Co ważne wtedy dla mnie, lubił się trochę pobić do tego. Powiedział że wychodzi ze mną i że damy radę. Ale mówię, że ich ośmiu. On na to, że on bierze czterech z lewej ja z prawej. Trzeba wybrać jednego i nalać mu jak najszybciej, żeby reszta się wystraszyła i odstąpiła, bo nie wiadomo, kto będzie następny. Wyskoczyliśmy zatem z tych drzwi. Co było dalej, nie pamiętam. Zapamiętałem wszystko, tylko nie to, komu wtedy pierwszemu nalałem. Poszło w każdym razie gładko i szybko.
Pamiętam natomiast, że o ile może ze dwa razy jeszcze „coś” było, to na koniec tygodnia nie było już tematu.
Za 7 miesięcy natomiast niemal wszyscy przynosili do szkoły podręczniki i zeszyty w plecakach narciarskich.

Komentarze
Prześlij komentarz